Nie bój się

 


Jezus powiedział do swoich apostołów:

«Nie bójcie się ludzi! Nie ma bowiem nic skrytego, co by nie miało być wyjawione, ani nic tajemnego, o czym by się nie miano dowiedzieć. Co mówię wam w ciemności, powtarzajcie w świetle, a co słyszycie na ucho, rozgłaszajcie na dachach.

Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle. Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa? A przecież bez woli Ojca waszego żaden z nich nie spadnie na ziemię. U was zaś policzone są nawet wszystkie włosy na głowie. Dlatego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli.

Do każdego więc, kto się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie».

Mt 10, 26-30

Dzisiejszy fragment Ewangelii według św. Mateusza (Mt 10, 26–33) nie należy do łatwych. Na pierwszy rzut oka niesie w sobie pewien niepokój. A gdy zestawimy go z kolejnym wersetem, następującym po dziś odczytanych:

„Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz” (Mt 10,34)

 – napięcie staje się jeszcze bardziej wyraźne. Do tego dochodzą słowa Jezusa: „Nie bójcie się ludzi” oraz „Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało”.

Trudno przejść obok nich obojętnie. Można odczytać je jako wezwanie do odwagi – ale też jako zapowiedź konfliktu, a nawet walki. I tu pojawia się pytanie: o jaką walkę chodzi Jezusowi?

Pokusa „świętej walki”

Człowiek o bardziej zdecydowanym, wojowniczym temperamencie może te słowa zinterpretować w sposób bardzo dosłowny. „Miecz” staje się symbolem działania, a odrzucenie strachu – mobilizacją do walki. Nie trzeba długo szukać podobnych skojarzeń. W popkulturze mamy sceny, które poruszają do głębi – jak przemowa króla Théodena w „Władcy Pierścieni”, gdy wzywa rycerzy Rohanu do bitwy pod Minas Tirith.

Historia również zna momenty, gdy ludzie chwytali za broń z przekonaniem, że realizują wolę Boga, wołając: „Deus vult” – „Bóg tak chce”. Współcześnie takie nastawienie nie znika, choć przybiera inne formy. „Walki” toczą się dziś rzadziej na polach bitew, a częściej w przestrzeni publicznej – w debatach politycznych, mediach czy internecie.

Ale czy rzeczywiście o taką walkę chodzi Jezusowi?

Kontekst zmienia wszystko

Aby właściwie zrozumieć te słowa, trzeba spojrzeć szerzej – na kontekst, w jakim zostały wypowiedziane.

Wcześniejsze fragmenty Ewangelii mówią o powołaniu apostołów i ich pierwszej misji. Jezus posyła ich, aby uzdrawiali chorych, wskrzeszali umarłych, oczyszczali trędowatych, wypędzali złe duchy. To obraz Kościoła pełnego mocy i życia. I ta rzeczywistość nie jest jedynie historią – ona trwa również dziś, co potwierdzają liczne świadectwa.

Jednak zaraz potem pojawia się druga strona tej samej misji.

Cena pójścia za Chrystusem

Jezus nie ukrywa, że pójście za Nim ma swoją cenę. Mówi o podziałach w rodzinach, odrzuceniu, prześladowaniach, a nawet o utracie życia. To również nie jest symboliczny obraz. Pierwszy oddał życie sam Jezus. Po Nim przyszli kolejni – od św. Szczepana aż po naszych współczesnych.

Trudno zapomnieć o dwudziestu jeden koptyjskich chrześcijanach zamordowanych nad brzegiem Morza Śródziemnego. Ich śmierć nie była sceną z filmu – była realnym świadectwem wiary.

W tym miejscu napięcie osiąga swoje apogeum: z jednej strony moc, cuda i życie, z drugiej – cierpienie, prześladowanie i śmierć.

Jak to pogodzić?

„Pan jest przy mnie jak potężny mocarz”

Odpowiedź znajdujemy nie w ludzkiej logice, ale w zaufaniu.

Prorok Jeremiasz w pierwszym czytaniu mówi:

„Pan jest przy mnie jako potężny mocarz; dlatego moi prześladowcy ustaną i nie zwyciężą” (Jr 20,11a).

To klucz do zrozumienia całego fragmentu. Nie chodzi o to, że człowiek sam ma być silny. Chodzi o to, że nie jest sam.

Dlatego słowa „Pan z wami”, które tak często słyszymy w liturgii, nie są jedynie formułą. To konkretna obietnica obecności i mocy.

Nic nie może nas odłączyć

Tę perspektywę dopełnia św. Paweł: „Ani śmierć, ani życie (…) ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga” (Rz 8,38–39).

I tu dochodzimy do sedna. Chrześcijaństwo nie jest wezwaniem do walki przeciw ludziom.
Nie jest też ideologią, którą trzeba narzucać. Jest drogą odwagi – odwagi życia w prawdzie, miłości i wierności, nawet wtedy, gdy to kosztuje.

Prawdziwy sens „Deus vult”

„Bóg tak chce” – to zdanie można rozumieć na wiele sposobów.

Ale w świetle Ewangelii oznacza ono coś zupełnie innego niż przemoc czy dominację. Oznacza zaproszenie: do zaufania mimo lęku, do wierności mimo przeciwności, do miłości, która nie kończy się nawet w obliczu śmierci. Bo ostatecznie perspektywą chrześcijanina nie jest zwycięstwo w tym świecie, lecz wieczność.

Nie bój się. Bóg jest z tobą. I to wystarczy.

 

Komentarze

Popularne posty